STRONA GŁÓWNA
FORUM

Forum Myśli Liberalnej Ruch Przeciw Nonsensom



Leszek Balcerowicz w opowieści Plutarcha
zawartej w "Żywotach sławnych mężów"


Spierają się uczeni ludzie o to, czy istnieją prawa socjologiczne uniwersalne. To znaczy, wspólne wszystkim czasom i miejscom i przez to zbliżające się charakterem do uniwersalnych praw przyrodniczych. Nie jest to spór czysto akademicki. Los każdego z nas zależy od umiejętności przewidywania, co zdarzy się w naszym społecznym tu i teraz. A właśnie prawa uniwersalne, w połączeniu z wiedzą o aktualnych faktach, byłyby niezbędnymi przesłankami przewidywań.

Na trop jednego z takich praw naprowadza obserwacja losów politycznych Leszka Balcerowicza. Ich podobieństwo do losów pewnych postaci z historii, jak i podobieństwo kontekstów sytuacyjnych jest takie, jakby miało się do czynienia z przypadkami podpadającymi pod to samo prawo. Żeby uwydatnić zbieżność, autor pozwolił sobie w tytule na swoistą "przebitkę". Nakładają się w niej dwie postaci polityków: jeden z naszej polskiej teraźniejszości, drugi z heroicznego greckiego antyku.

O tym drugim, owianym wiekową legendą, opowiada Plutarch w "Żywotach sławnych mężów". W czynionym dalej porównaniu zachowamy, oczywiście, proporcje. Jednym członem porównania jest żyjący człowiek z przypadłościami zwykłej ludzkiej kondycji, drugim historyczny posąg z marmuru. Ale ta różnica skali nie przeszkadza, by zauważać pouczające analogie w mechanizmach walki o władzę.

Arystydes, syn Lizymacha, urodził się ok.r. 540 przed naszą erą. Nim opowiemy za Plutarchem pewną pouczającą o nim historię, warto zauważyć, że w nawet najbardziej skąpych o nim wzmiankach encyklopedycznych znajduje się miejsce na informację "znany z prawości". Bo też jego imię stanowiło przez tysiaclecia (przynajmniej wśród erudytów) synonim niekwestionowanej uczciwości w życiu publicznym.

Dzięki temu, że jest postać tak co do uczciwości wzorcowa, idealnie się nadaje, żeby ilustrować następujące uniwersalne prawo polityki; polityk wybitnie uczciwy nigdy nie osiągnie u ludu powszechnego takiego zaufania i poparcia, na jakie mają szansę politycy skorumpowani i cyniczni. Nie osiągnie, choć tenże lud wielkim głosem domaga się od polityków uczciwości.

Wyjasnijmy wpierw jednak, żeby nie było nieporozumień, co znaczy powiedzieć o polityku, że jest uczciwy. Znaczy to, że człowiek taki:

  • nie kłamie, nie posuwa się do demagogii;
  • nie podejmuje się funkcji, do których nie ma danych;
  • pełni swe funkcje nie czerpiąc z tego żadnych osobistych korzyści.

Rzecz znamienna, że politycy nieuczciwi, wręcz cyniczni, miewają poparcie stuprocentowe, a nawet kult quasi-religijny. Wyjaśnieniem tego fenomenu jest cynizm, który się nie cofa przed żadnym oszustwem. Polityk cyniczny oszukuje, gdy walczy o władzę, obiecując ludowi wszystko, czego on pragnie, a czego spełnić się nie da. Oszukuje, gdy jest u władzy, swe porażki tłumacząc knowaniami jakichś mitycznych wrogich sił. Oszukuje, gdy oczernia insynuacjami konkurentów. Oszukuje, wtłaczając do głów ideologię służącą legitymizacji władzy. Poświadczeń historycznych nie trzeba szukać daleko, wystarczy wspomnieć kilka ponurych postaci minionego wieku.

Wracajmy do Arystydesa. Trzeba wiedzieć, że w swych koncepcjach politycznych był on rzecznikiem zasad arystokratycznych, podczas gdy jego rywal Temistokles należał do obozu, jak by się dziś rzekło, populistycznego. Dla dalszego ciągu istotna jest rywalizacja, a nawet wrogość osobista Temistoklesa, nie zaś owa różnica poglądów, ale trzeba ją wspomnieć dla osadzenia opowieści w scenerii ówczesnej polityki ateńskiej. Równie istotne jest, że sprawując wysokie urzędy w czasie wojen perskich i w czasie pokoju, pełnił je z najwyższym poświęceniem, nie czerpiąc z nich najmniejszych osobistych korzyści. A był wśrod nich urząd zarządcy skarbu.

To właśnie stało się przyczyną jego klęski politycznej, a nawet kary dziesięcioletniego wygnania z Aten. Gdy jedni bowiem darzyli go najwyższym szacunkiemn i wdzięcznością za jego dokonania dla ojczyzny, inni, a tych przybywało, powodowani zazdrością, nie mogli znieść, że zażywa on tak wielkiego uznania. Wykorzystał to cynicznie jego rywal Temistokles, wysuwając fałszywe oskarżenia i podburzając lud przeci niemu. Coraz więc głośniej i szerzej rozlegalo się w Atenach hasło "Arystydes musi odejść". Nie tylko z urzędów, ale i na wygnanie, żeby swą obecnością nie drażnił Ateńczyków. Grecki system polityczny przewidywał karę banicji. Rzecz była przeprowadzana na powszechnym zgromadzeniu ludowym za pomocą głosowania na skorupkach, na których obywatele pisali rylcem imię swego kandydata do banicji. Gdy przysła kolej na głosowanie, zdarzył się epizod, który nas przybliża do końca opowieści i zarazem do jej morału. Oto pewien obywatel niepiśmienny, nie mogąc sobie poradzić z wytworzeniem liter, zwrócił się do stojącego obok sąsiada z prośbą o pomoc w pisaniu. Sąsiad, a tak się zdarzyło, że byl nim własnie Arystydes, zapytał, jakie imię życzy sobie mieć wypisane, na co ten powiedział "Arystydes". Zaciekawiony pyta Arystydes, czy ów Arystydes wyrządził danemu obywatelowi jakąś krzywdę. "Skądże znowu -- powiada zapytany -- nawet nie znam człowieka, ale złości mnie, że wszyscy nazywają go sprawiedliwym".

To zdarzenie rzuca światło na ważne prawo podświadomości politycznej mas. Bezimienny członek masy jest często urażony istnieniem autorytetów moralnych czy intelektualnych, strąca je więc z postumentu, gdy nadarzy sie okazja. Gdy cytuję tę opowieśc, w końcu lata 2006, w kraju szaleje obsesja wykazywania, że taki czy inny człowiek o wielkich dla kraju zasługach okazał się zdrajcą jako współpracownik komunistycznych służb bezpieczństwa. Oskarżający ma łatwe zadanie, ponieważ odpowiednia w tej sprawie ustawa definiuje jako współpracownika także każdego, kto był przesłuchiwany przez śledczych, gdy powodem śledztwa była działalność opozycyjna. Wystarczy fakt przesłuchiwania, jeśli śledczy wysnuł z niego jakieś wnioski, choćby pokrętnie fałszywe, i odnotował je w aktach swej ofiary, kwalifikując ją tym samym jako "osobowe źródło informacji". A to już, wedle ustawy, niesie infamię. Nie wiadomo, czy bardziej się zadziwiać bzdurnością tej ustawy, czy jej cynizmem, a jednak uchwalił ją prawie jednomyślnie sejm i senat, głosami partii rządzących i prawie calej opozycji. Jak kiedyś zgromadzenie Ateńczyków. Przestaje to być niepojęte, gdy się weźmie pod uwagę prawidłowość, która zadziałała na rynku ateńskim w sprawie Arystydesa. Niech ci, co mają w swym życiorysie kartę poświęceń, jak więzienia i szykany w walce z tyrańskim reżimem, przestaną dumnie nosić głowy, bo będą za pomocą nonsensownej definicji przemianowani na zdrajców.

Kazus Balcerowicza wpisuje się w to samo prawo. Wprawdzie jego zasługą i tytułem do chwały nie jest walka z komunizmem, ale jest nim pogrzebanie w Polsce komunizmu przez wprowadzenie wolnego rynku. To tak wiele, że niejednemu obywatelowi trudno znieść pozostawanie szarym obywatelem, gdy inny ma glorię wielkich zasług i nieposzlakowanej uczciwości. Oczywiście, istnieje jeszcze inny powód do okrzyku "Balcerowicz musi odejść". Jest nim to, że oddalił nas bezpowrotnie od socjalizmu, który dla niektórych ma wciąż magiczną atrakcyjność. Ale to już inna historia, nie tworząca paraleli z historią Arystydesa.



Do początku strony