Remedia Ignorantiae 2 0 0 7
II Warsztaty Filozofii Politycznej, Białystok 2007



Witold Marciszewski i Jacek Kondracki
Odczyt na Warsztatach 10 listopada 2007
Geniusz ekonomiczny Europy
remedia.edu.pl/staszic2/geniusz.html


1.   Ekonomiczny Duch Europy
a Chrześcijańska Europa Ducha


Po prawej stronie mamy portret Ludwiga von Misesa (1881-1973), jednego z wielkich ekonomistów 20 wieku, po lewej godło instytutu jego imienia. Instytut przyjął za swe godło herb szlachecki rodziny von Misesów nadany jej w roku 1881 przez cesarza Franciszka Józefa. Pradziad Ludwiga został nim uhonorowany za osiągnięcia rodziny na polu gospodarki, kultury i filantropii we Lwowie, gdzie Ludwig się urodził i żył, nim rodzina przeniosła się do Wiednia. Tam studiował, pracował w bankowości i tworzył środowisko naukowe ekonomistów, które po latach znacząco wpłynęło na losy światowej gospodarki. Jego wpływy prowadzą m.in. do Margaret Thatcher. Była ona inspirowana przez grupę ekspertów o zdecydowanie liberalnej orientacji utworzoną w Anglii przez Friedricha Hayeka (1899-1992). Hayek był kongenialnym partnerem badań von Misesa. Stworzyli oni teorię cyklów koniunkturalnych uwieńczoną w 1974 nagrodą Nobla dla Hayeka.

Herb von Misesa jest wybornym komentarzem graficznym do tematu tych Warsztatów: ekonomiczny duch Europy -- chrześcijańska Europa Ducha. Pierwsze pojęcie jest wyrażane przez laskę Merkurego, symbol kupców oraz, ogólniej, gospodarki, a drugie przez tablicę z dziesięciorgiem przykazań. Symbolika nie jest przypadkowa. Zapewne zaprojektował ją pradziadek Ludwiga, gdy zwrócił się do cesarza o tytuł szlachecki. Ówczesne bowiem pokolenie Misesów cechowało się aktywnością w zawodach kupieckich, szczególnie w bankowości, a jednocześnie pobożnością judaistyczną. Dekalog jest wspólnym dobrem obu religii, w równym więc stopniu symbolizuje etos chrześcijański.

W zdaniu poprzedzającym dziesięć przykazań znajduje się wezwanie, by miłować bliźniego jak samego siebie. Jeśli je przetłumaczyć na realistyczną prozę życia, wyrazi się to w przysłowiu: Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Wzmocnijmy to hasło o nieco bardziej wymagający postulat: Staraj się czynić, co bliźniemu miłe, a będziemy mieć NACZELNĄ ZASADĘ KUPIECKĄ: dbać z całej mocy o zaspakajanie potrzeb innych ludzi.

To prawda, że troska o bliźnich inną miała motywację i przebieg u św. Franciszka, a inną u jego ojca, który był kupcem bławatnym, chcącym mieć w synu następcę za sklepową ladą. Kupiec stara się zaspokoić potrzeby innych we własnym interesie, dla zarobku, ale nie zmienia to faktu, że obiektywnie jest dla bliźnich niezmiernie użyteczny. Dość zauważyć, że św. Franciszek założył zakon żyjący z jałmużny. Do kogo jednak udawaliby się bracia po jałmużnę, gdyby nie było kupców i innych zawodów, w których pracuje się dla zarobku? Nie jest więc kontrast między św. Franciszkiem i jego ojcem aż tak ostry, jak to maluje hagiografia.

Sukces przesiębiorcy, czy to kupca czy producenta, zależy od jego empatii, wczuwania się w potrzeby innych. W języku ekonomii nazywa się to rozeznaniem rynku. Znałem osobiście przedsiębiorców, urodzonych altruistów reagujących z poświęceniem na potrzeby bliźnich. Przez to samo wyczucie potrzeb bezbłędnie trafiali w rynek. Z pewnością, egotyk nie będzie udanym przedsiębiorcą, podobnie jak nie będzie udanym politykiem.

Podobna wrażliwość na interes innych niezbędna jest w kupieckich negocjacjach. Negocjacje to gra, w której mają wygrać obie strony. Żeby realizować własny interes, musi się go uzgodnić z interesem partnera. Nie przypadkiem Merkury, do którego odnosi się Misesowy herb, był bogiem handlu i zarazem sztuki porozumienia. Związek gospodarki z nakazaną Dekalogiem miłością bliźniego ukazany w tymże herbie, miał chrześcijańskie korzenie u Adama Smitha i jego kręgu w czasach szkockiego Oświecenia. Byli oni inspirowani przez myśl i pobożność Church of Scotland, a więc jednego z tych nurtów religijnej Europy ducha, które formowały ekonomicznego ducha Europy.

Duch ten, nim doszedł do głosu w kupieckiej Wielkiej Brytanii, gdy ruchem wahadła przeniosło się na północ centrum handlu światowego, miał rzeczników w kupieckich krajach południa Europy, gdzie czerpał z teologii katolickiej: we Włoszech, Hiszpanii i Portugalii (widać stąd, jaki fałsz historyczny ciąży na teorii Maxa Webera o wyłączności protestantyzmu w tworzeniu ducha przedsiębiorczości). W 15 wieku, gdy Florencja była światowym centrum handlu i finansów, promotorem nowych idei gospodarczych, w tym teorii ceny, był jej biskup św. Antonin. Inaczej niż wcześniejsi scholastycy działający w otoczeniu feudalnym (których teorię ceny, paradoksalnie, podzielał Karol Marks), Antonin Florencki uzależniał słuszność ceny produktu od okoliczności miejsca, czasu i osób. A więc od ludzkich preferencji, co wyprzedzało dzisiejsze teorie teorie wiążące cenę produktu z nastawieniem konsumenta.

Równie wymownym przykładem związków między środowiskiem gospodarczym i teorią ekonomiczną był W 16 i 17 wieku jezuicki uniwersytet w Salamance w Hiszpanii. Po odkryciach Kolumba Hiszpanie awansowali do pierwszej ligi handlowców w Europie. W parze z ekspansją kupiecką szedł rozmach myśli ekonomicznej, którą jezuici z Salamanki, ówczesnym zwyczajem, rozwijali w ramach teologii moralnej. Od nich wyszła maksyma, że wymiana handlowa, łącząc narody i kontynenty, przyczynia się do ludzkiego braterstwa. Nawet jeśli ta maksyma nie do końca się sprawdza, to i tak brzmi to rozsądniej niż hasło braterstwa ze sztandarów Wielkiej Rewolucji realizowane przy użyciu gilotyny. Uzyskano też w Salamance rozpoznanie mechanizmów handlu, które dziś postrzegamy jako prekursorskie względem koncepcji Szkoły Austriackiej. Tej, którą tak znakomicie reprezentowali von Mises i Hayek.


2.   Pewnik von Misesa:
Człowiek działa zawsze dla jakiegoś celu

Von Mises wyznawał program metodologiczny ekonomii cechujący już wcześniej Szkołę Austriacką, ale przez niego najpełniej rozwinięty. Nie ma co ukrywać, że ekonomiści z innych szkół odbierają go jako kontrowersyjny, a nawet ekscentryczny. Głosi on bowiem, że ekonomia jest pod względem metodologicznym nauką taką samą jak matematyka. To znaczy, nie korzysta z obserwacji, a swe twierdzenia wyprowadza dedukcyjnie z pewników dostępnych rozumowi a priori czyli przed wszelkim doświadczeniem.

Żeby się odnieść do tego programu z krytycznym zrozumieniem, wystarczy zauważyć, że nie ma takiej nauki, która byłaby wyłącznie empiryczna, jak też nie ma takiej, która byłaby wyłącznie aprioryczna. Tak jak nie ma powierzchni absolutnie białych i absolutnie czarnych, a są stopnie szarości od takiej, która jest najbliższa całkowitej bieli do takiej, która jest najbliższa całkowitej czerni. Na tej skali aprioryczności najwyżej znajduje się logika formalna, ale i ona ma w sobie pewien ślad zmysłowej empiryczności. Tuż koło niej znajduje się matematyka. W takim obrazie nauk metodologia von Misesa przestaje być szokująca, sprowadzając się do poglądu, że wśród nauk społecznych ekonomia jest na skali aprioryczności najbliżej matematyki, co nie zmienia faktu, że jest w niej nieunikniona doza empiryczności.

Popatrzmy pod tym kątem na Pewnik von Misesa. Nie sposób go obalić jakimkolwiek kontrprzykładem branym z doświadczenia, bo pojęcie celu jest zawarte w pojęciu działania: gdyby działanie nie było po coś, to by nie zaistniało. Jest to więc sąd zbliżony stopniem aprioryczności do matematyki. Inna sprawa, czy jest on poznawczo równie owocny, jak sądy matematyczne, czy nie podpada pod zarzut jałowego werbalizmu. To zależy od tego, jak bogatą treść włożymymy w pojęcie działania. Sens słowa "działać" zna już dziecko, ale nie tak, jak ktoś, kto ma za sobą kawał wielce aktywnego życia. Jaki sens ma podłożyć ekonomista, żeby uzyskać nietrywialne zrozumienia?

Trafne w tym przypisywaniu aprioryczności jest to, że zachowania przedsiębiorców i konsumentów podpadają pod bardzo ogólne prawa działania, ktore dla swej prawomocności nie wymagają badań empirycznych. Oto kilka przykładów. (1) Działanie specyficznie ludzkie polega na podejmowaniu decyzji. (2) Zmierza ono do zmiany obecnej sytuacji decydenta na jakąś dlań lepszą. (3) Wynika stąd poszukiwanie odpowiednich środków, a (4) łączy się to ze świadomością, że środki stanowią pewien koszt (czas, wysiłek, pieniądze etc). Stąd bierze się (5) rozważanie alternatywych sposobów osiągnięcia celu, żeby wybrać alternatywę maksymalizującą korzyści i minimalizujacą koszty.

Entuzjaści metod empirycznych w ekonomii powinni się zamyśleć nad tymi zasadami i powiedzieć z ręką na sercu: czy dla uznania ich trafności potrzebne są jakiekowiek nowe obserwacje zmysłowe? Czy nie są one dla naszego rozumu z góry oczywiste, i to zarówno dla rozumu zawodowego ekonomisty, jak i laika? Wyrażają się w nich najogólniejsze i bezsporne prawa działania. A że każdy z nas jest istotą nieustannie działającą, każdy ma w tej refleksji nad działaniem równie wiele do powiedzenia, niezależnie od tego czy jest ekonomistą, politykiem, sklepikarzem, sportowcem itd. Toteż teoria ekonomiczna, jak zauważa von Mises, stanowi szczególny przypadek ogólnej teorii ludzkiego działania, czyli, jak ją nazwał, prakseologii. A w takim razie twierdzenia ekonomii powinny wynikać z pewników czyli z aksjomatów ogólnej teorii działania, jak te wyżej w punktach 1-5. Te zaś punkty są jakby streszczone czy podsumowane w formule: Człowiek działa zawsze dla jakiegoś celu.

Przesadą byłoby twierdzić, że z tego pewnika da się wyprowadzić cała ekonomia. Nie jest on racją do tego wystarczającą. Ale jest racją konieczną. Każde wnioskowanie ekonomiczne będzie ją zakładać, a do szukanego wniosku doprowadzi po dołączeniu pojęć i sądów bardziej szczegółowych, odpowiednich dla rozważanego problemu. Te dodatkowe sądy też bywają w pewien sposób aprioryczne czyli niezależne od doświadczenia. W ten mianowicie sposób, że nie wymagają dla swej prawomocności żadnych dodatkowych obserwacji. Wynikają bowiem z obserwacji czynionych przez nas całe życie, tak prostych, że niepowątpiewalnych, i tak powszechnych, że nie ma tu mowy o jakichś różnicach między ludźmi. Będzie to np. świadomość, że gdzie nie wystarczają do działania siły jednego podmiotu, trzeba zgromadzić ich więcej; że jeśli nie wystarczają do działania posiadane środki, to osiągnięcie celu wymaga, by starać się o nowe. Są to rzeczy nie mniej oczywiste i pewne, niż zasady matematyki. W tym sensie von Mises miał rację, głosząc podobieństwo ekonomii do matematyki jako nauki apriorycznej.


3. Pewnik von Misesa ujęty jako
Zasada Oczekiwanego Pożytku

Żeby pewnik Misesa stał się niebanalnym twierdzeniem, przydatnym jako podstawowa przesłanka rozumowań ekonomicznych, trzeba należycie rozwinąć pojęcie dążenia do celu. Nadamy mu wstępnie postać następującą.

Działając dla jakiegoś celu, człowiek dąży do:

  • maksymalizacji pożytku (w granicach określonych daną sytuacją),
  • minimalizacji ryzyka.
  • W kolejnym przybliżeniu wyrazimy to zwięźlej i z pewną formalizacją matematyczną, a naprowadzą na to odpowiednie przykłady.

    Co należaloby doradzić Kowalskiemu w następującej sytuacji? Wyjechawszy do innego miasta, otrzymuje on wiadomość, że dla ratowania życia dziecka powinien natychmiast wrócić do domu. Chcąc nabyć bilet powrotny, zauważa, że zgubił większość gotówki i do ceny biletu brakuje mu pięciu złotych. Szczęśliwie, pojawia się szansa ich zdobycia, bo w okolicy dworca znajduje się kasyno gier hazardowych. Załóżmy, że bilet wejścia można opłacić po jakimś czasie (to założenie uprości nam rachunki). W kasynie wolno mu zagrać jeden raz po wybraniu jednej z dwóch loterii. Loteria rzutów monetą daje mu szansę wygrania 5 złotych, jeśli wypadnie strona, którą obstawił. Natomiast loteria kostkowa daje mu szansę wygrania aż 36 tysięcy, o ile uda mu się wyrzucić naraz dwie szóstki; w przeciwnym wypadku nie wygrywa nic.

    Jaką radę dać Kowalskiemu? Wybór loterii z monetą czy z kostkami? Żeby móc doradzić, trzeba mieć metodę obliczania pożytku oczekiwanego ze względu na szanse. Szansa, czyli prawdopodobieństwo, wygrania na loterii monetowej wynosi 1/2. Jak określić oczekiwaną wartość wygranej w przypadku Kowalskiego? Według słynnego wzoru pochodzącego od Pascala, jest to połowa wielkości będącej do wygrania kwoty 5 złotych, a więc 2.5 zł. Szansa bowiem (prawdopodobieństwo) uzyskania obstawionego wyniku wynosi 1/2. W loterii kostkowej szansa taka wynosi 1/36, gdyż prawdopodobieństwo wyrzucenia jednej szóstki wynosi 1/6, a szansa uzyskania dwóch naraz jest iloczynem obu prawdopodobieństw, co daje 1/36. Oczekiwaną wartość tego wyniku uzyskujemy mnożąc wielkość wyniku (36000) przez wielkość szansy jego uzyskania (1/36), co daje liczbę 1000.

    Co po tym wyjaśnieniu doradzić Kowalskiemu? Loteria kostkowa jest sama w sobie o wiele korzystniejsza, bo wielkość oczekiwana wygranej wynosi 1000 (36000 razy 1/36), podczas gdy wielkość oczekiwana wygranej na loterii monetowej wynosi tylko 2.5. A zatem czterysta razy mniej! Liczy się jednak nie bezwzględna wartość oczekiwana wygranej, lecz wartość z uwzględnieniem pożytku oczekiwanego w danej sytuacji. Kowalski (załóżmy) jest na tyle zamożny, że ta niewielka szansa wygrania 36000 zł. nie będzie dlań jakąś silną motywacją. Natomiast w jego aktualnej sytuacji, pozyskanie 5 złotych jest sprawą życia i śmierci, skoro jego szybki powrót w celu udzielenia pomocy może dziecku uratować życie. Doradzimy mu zatem, jeśli o to zapyta, wybór loterii orła i reszki.

    wyjątkową dramatyczną sytuację oznaczmy jako W, a sytuację zwyczajną, gdy Kowalski uda się do tegoż kasyna dla rozrywki, oznaczmy jako Z. W sytuacji Z należy mu doradzić wybór loterii kostkowej. Stać go na zapłacenie wstępu do kasyna, powiedzmy 100 zł., a o wygraną 36000 zł. warto mu się pokusić (co innego, gdyby był multimilarderem, wtedy byłaby to kwota nie warta fatygi). Jeśli nie wygra, jego oczekiwana strata wynosi 100 zł. (koszt biletu na loterię, będący wielkością pewną). A jeśli wygra, jego pożytek oczekiwany (iloczyn wygranej przez jej szansę) wyrazi się liczbę 1000, co przewyższy dziesiękrotnie koszt przystąpienia do gry. Dodajmy ten koszt do oczekiwanego pożytku, co wyrazi się następującą równością (gwiazdka jest znakiem mnożenia):

    (36000 * 1/36) + (-100 * 1) = 1000 - 100 = 900. Tak więc, oczekiwany pożytek działania będącego grą na loterii kostkowej wyraża się w tej sytuacji pokaźną liczbą 900, podczas gdy oczekiwany pożytek z gry w orła i reszkę jest mizerny, określa go bowiem równość:

    (5 * 1/2) + (0 * 1) = 2,5.

    Uogólnieniem tego rodzaju przykładów jest równanie obejmujące dowolną liczbę będących do wyboru działań; oznaczmy je numerami od 1 do n. Symbol Po oznacza funkcję nazwaną tu pożytkiem (w terminologii standardowej - użytecznością), a symbol Pr oznacza funkcję prawdopodobieństwa odnoszącą się do wyników podjętych działania. Oto w całej ogólności wzór obliczania oczekiwanego pożytku z gry na określonej loterii symbolizowanej literą L. Jest to fundamentalne w ekonomii Prawo Oczekiwanego Pożytku (POP), będące uściślonym ujęciem Pewnika vob Misesa.

    POP:   Po(L) = (Po(1)*Pr(1)) + (Po(2)*Pr(2)) + ... + (Po(n)*Pr(n))

    Np. na wybranej przez Kowalskiego loterii orzeł-reszka n=2; dwa alternatywne działania to obstawić orła lub obstawić reszkę. Jedno z nich daje w wyniku wygraną pięć złotych, drugie zero złotych, każde z prawdopodobieństwem wynoszącym 0.5, stąd Po(L)=0.5. Rolę POP w myśleniu ekonomicznym można porównać z rolą prawa grawitacji w fizyce. Jak grawitacja jest siłą uniwersalną w przyrodzie, tak oczekiwanie korzyści jest siłą, która w ruch wprawia wszelkie ludzkie działania. Rzućmy okiem na kilka zastosowań tej myśli w kształtowaniu życia gospodarczego.


    4. Banki, spółki, giełdy i ubezpieczenia
    w świetle Prawa Oczekiwanego Pożytku

    Co robi człowiek, gdy pilnie potrzebuje pieniędzy, a brak mu czasu, żeby je zarobić? Jeśli ma takie obyczaje, że nie zabiera innym ani prosi o datki, to zaciąga pożyczkę, zobowiązując się wzamian do płacenia odsetek. A co robi człowiek, gdy ma więcej pieniędzy niż potrzebuje na bieżące wydatki? Jeśli jest gospodarny, to pożyczy komuś potrzebującemu, umawiając się z nim, że ten zapłaci wzamian określone odsetki.

    Byłoby wygodnie zamiast w każdej potrzebie szukać od nowa partnera mieć gdzieś w bliskości firmę, która stosownie do potrzeby udzielałaby pożyczek, albo też przyjmowała moje lokaty oszczędnościowe, za to drugie rewanżując się odsetkami. Oczywiście, firmy takie istnieją, zwą się bankami i w normalnie funkcjonującym społeczeństwie są łatwo dostępne.

    Ten rodzaj normalności jawi się pouczająco na warszawskiej Woli, niegdyś dumnie zwanej robotniczą. Dzielnica ta w PRL-u chlubiła się największą w stolicy liczbą fabryk. Zniknęły one bez śladu, ale nie zostawiły pustki. Każde fabryczne gmaszysko przekształciło się po przeróbce w efektowną architektoniczną formę goszczącą jakiś bank. Przechodzień zachodzi w głowę nad tą zagadką ekonomiczną. Jak to jest, że kiedyś państwo produkowało tu masami wyroby metalowe, których jednak nie starczało, żeby zaistnieć w sklepach, ale i tak trzeba było do produkcji dopłacać? (Dopłacano np. z podatków od prywatnych hodowców róż czy z kredytów zagranicznych.) Dziś w tych bankach niczego się nie produkuje, ale produktów w sklepach nie brak, a państwo do banków nie dopłaca; przeciwnie, to one płacą państwu podatek dochodowy. Odpowiedź na tę zagadkę jest krótka. Ekonomia socjalizmu kompletnie ignorowała w praktyce i w teorii Prawo Oczekiwanego Pożytku; ci ekonomiści, którzy nieśmiało przypominali o potrzebie opartego na nim rachunku byli tępieni za mentalność burżuazyjną.

    Operacja kredytowania niesie dla obu stron wiadome ryzyko, ale jeśli dobrze się je skalkuluje na podstawie POP, przynosi ona obu stronom korzyści. Dłużnik zyskuje kapitał do obracania nim i zarabiania, a wierzyciel zarabia na odsetkach. Wyjaśnia to zagadkę, dlaczego banki nie bankrutują lecz zarabiają, i to nieraz dobrze. Przyjrzyjmy się takiej kalkulacji w przypadku szczególnie wyrazistym - kredytu inwestycyjnego.

    Kredyt zaciągany na inwestycje jest nieporównanie wyższy od kredytu konsumpcyjnego, i stąd dla banku bardziej ryzykowny. Ale okaże się dobrze skalkulowany, gdy są rozsaądne szanse, że inwestycja przyniesie oczekiwany zysk.

    Przykład. Rozważam wzięcie kredytu w wysokości 400000 złotych (już z odsetkami), licząc, że po zbudowaniu za tę cenę fabryki uzyskam w okresie spłacania kredytu dochód rzędu miliona złotych, a więc po zwrocie pożyczki zostanie mi 600000. Inwestycja jest jednak na tyle ryzykowna, że obiektywna szansa uzyskania potrzebnego dochodu (obliczona np. metodami statystycznymi) wynosi 0.3 a więc ryzyko wyraża się prawdopodobieństwem 0.7.

    • Jeśli się uda, to wynik wyniesie 600000 zł. z szansą 0.3, stąd PO=180000.
    • Jeśli nie, to wynik wyniesie -400000 zł. z ryzykiem 0.7, stąd PO=-280000.

    A zatem oczekiwany pożytek podjętego działania, bądąc sumą oczekiwanych pożytków takiego lub innego z możliwych wyników, wyniesie -100000 (minus sto tys.). Człowiek więc rozsądny nie będzie się w taki interes wdawał.

    Nieraz jednak inwestorzy biorą kredyty w sposób mało rozsądny, niezgodny z obiektywną wielkością ryzyka. Jest to zjawisko, nad którym podjęli badania (uhonorowane Noblem) von Mises i Hayek. Wśród ważnych przyczyn niedoszacowania ryzyka jest taniość kredytów, która nadmiernie zachęca do zaciągania ich na inwestycje w branżach cieszących się aktualnie koniunkturą. Koniunktura musi jednak minąć w momencie nasycenia rynku, stosownie do prawa, które także jest wkładem Szkoły Austriackiej; głosi ono, że oczekiwany pożytek maleje w miarę zaspakajania oczekiwań. Wtedy źle skalkulowane ryzyko kredytowe prowadzi do bankructw inwestorów i banków, co w opisanym cyklu koniunkturalnym skutkuje fazą regresu gospodarczego, w tym wzrostu bezrobocia. Wyniki tych badań są respektowane w takich dyrektywach, jak Konsens Waszyngtoński i zalecenia UE z Maastricht dotyczące stóp procentowych.

    Poświęcimy z kolei chwilę uwagi spółkom akcyjnym giełdowym czyli takim, których akcjami obraca się na giełdzie. Przedsięwzięcie to innego rodzaju niż zaciąganie kredytu, ale nie zmienia to faktu, że znowu kierujemy się w naszych rachubach prawem oczekiwanego pożytku. Doszliśmy, powiedzmy, do wniosku, że szanse powodzenia naszej inwestycji są tak małe, jak opisane w poprzednim przykładzie, ale wzrosłyby one znacznie, gdyby dysponować kapitałem kilka razy większym; zwiększyłaby nasze szanse dalece, powiedzmy, akcja promocyjna, ale ta szczególnie wiele w danym przypadku musi kosztować.

    Jakie może być wyjście? Postanawiamy uzyskać ów większy kapitał przez utworzenie odpowiednio wielkiej wspólnoty inwestorów. Pozyskamy ich dla projektu przez przedstawienie kalkulacji, z której będzie wynikać, że oczekiwany pożytek jest zachęcająco wielki. Istota pomysłu jest w tym, że członek tej wspólnoty może, ale nie musi ryzykować wiele. Jest szansa na pozyskanie wielu czlonków, bo będzie tam miejsce dla ostrożnych i dla ryzykantów, dla krezusów i dla takich, co dysponują ledwie wdowim groszem. Takie zsumowanie wkładów to kolosalna szansa.

    Drugi istotny punkt pomysłu leży w tym, że udziałowcy nie muszą się spotykać ani znać osobiście. Staje się ktoś udziałowcem przez nabycie odpowiedniego dokumentu poświadczającego wielkość wniesionego przezeń wkładu. Tym samym nabywa prawo do udziału w wypłacie z zysków zwanej dywidendą. Dokument taki nazywa się akcją. Akcje można nabywać w przeznaczonych do tego miejscach, tak jak nabywa się produkty w sklepie. Sztuka dalszego pozyskiwania przez spółkę kapitału polega na pozyskiwaniu nowych nabywców akcji. O ile działalność promocyjna będzie prowadzona umiejętnie, rosły będą szanse zwiększania kapitału.

    Szanse te wzrosną jeszcze bardziej, jeśli każdy posiadacz akcji będzie mial prawo nie tylko osobiście do dywidendy, lecz także łatwość odprzedania tych papierów innej osobie, co równa się odstąpieniu prawa do dywidendy. W tym celu musi istnieć miejsce obrotu akcjami, a dana spółka musi mieć prawo operowania na tym miejscu. Nazywa się ono giełdą papierów wartościowych.

    Spółka akcyjna uzyskuje prawo wejścia na giełdę po spełnieniu odpowiednich warunków prawnych. Gdy się już na giełdę dostanie, zyskuje nową możliwość pomnażania tej części swego majątku, na którą składa się suma wartości emitowanych przez nią i będących w obiegu akcji. Istotna jest tu okoliczność, że akcje zachowują się jak towar podlegający prawu podaży i popytu. Bardziej jednak od konwencjonalnych towarów podlegają one wahaniom cen, nieraz z godziny na godzinę. Jest to wynik działań graczy giełdowych czyli nabywców i sprzedawców akcji. Każdy gracz, jak to jest regułą handlu, stara się kupić towar wtedy, gdy jest tani, a sprzedać, gdy drogi. Wymaga to nieustannego przewidywania, jakie będą notowania poszczególnych spółek, to znaczy opinie o ich zyskowności żywione przez graczy. Opinie zmieniają się nieraz błyskawicznie i nieprzewidywalnie; np. gdy spółka ma majątek gdzieś, gdzie wybuchła nagle wojna, może to zmniejszyć jej dochody, przez co jej akcje byłyby mniej zyskowne; wtedy gracze się ich wyzbywają, a jako mniej pożądane stają się tańsze, i tak maleje majątek spółki.

    Zarówno naszkicowany wyżej proces powstawania spółki akcyjnej, jak i zachowania graczy, podporządkowane są wszeobecnemu w ekonomii prawu oczekiwanego pożytku. Nie jest to jedyna reguła podejmowania decyzji, ale tak powszechna, że wiedza na jej temat daje głęboki wgląd w zjawiska gospodarcze.

    Jeszcze jednym ważnym obszarem stosowalności tego prawa są ubezpieczenia. Firmy ubezpieczeniowe, podobnie jak instytucje kredytowe, prosperują dzięki temu, że w sumie więcej pieniędzy biorą łącznie od swych wszystkich klientów niż im łącznie wypłacają. Za stawki ubezpieczeń pobrane od klientów firma pokrywa koszty funkcjonowania i jeszcze zarabia, a więc suma wypłaconych świadczeń musi być mniejsza niż suma pobranych stawek. To jednak nie znaczy, że klienci są naiwni. Korzyść jest w gruncie rzeczy obustronna.

    Zobaczmy to na przykladzie klienta, który ubezpieczył swój majątek o wartości 400 tys.zł. w ten sposób, że w razie utraty majątku ubezpieczyciel wypłaca mu całą tę sumę. Stawka ubezpieczeniowa niech wynosi 1% (4 tys.zł) i niech będzie rozłożona na 20 lat; prawdopodobieństwo utraty majątku (rozpoznane przez firmę np. na drodze statystycznej) szacuje się na 1/500. Wymieniona stawka, załóżmy, jest w stosunku do rocznych dochodów klienta tak nieznaczna, że nie odczuwa on ubytku, a więc praktycznie strata oczekiwana równa się zeru. Oczekiwany zaś pożytek z wypłaty w przypadku utraty majątku, będąc iloczynem kwoty do wypłacenia (400 tys.) przez 1/500 (prawdopodobieństwo, że dojdzie do wypłaty) wynosi: PO=800, co jest solidną liczbą dodatnią. Tak więc transakcja ubezpieczeniowa zdecydowanie się opłaca.

    Czy opłaca się również firmie ubezpieczeniowej? Owszem, i to bardzo. Niech ma ona tysiąc tego rodzaju klientów. Biorąc od każdego cztery tysiące zł., uzyska łącznie od nich łącznie cztery miliony, podczas gdy odszkodowanie w wysokości 400 tysięcy wypadnie wypłacić tylko co pięćsetnemu, a więc dwóm klientom, co stanowi wydatek 800 tysięcy.


    5. Na czym polega geniusz ekonomiczny Europy

    Odkąd ludzie handlują, mają w praktyce ideę obustronnie korzystnej transakcji. Idea ta jednak z wielkim wielkim trudem torowała sobie drogę do ludzkich umysłów. Pojawiała sie w różnych czasach i miejscach jak pojedynczy strumyk, zanikała, pojawiała się gdzie indziej, czasem łączyła z innymi strumieniami. W wyniku wielowiekowych procesów strumienie te połączyły się wreszczie w rozległą rzekę, a jej łożysko znalazło się w nowożytnej Europie.

    Zrobiliśmy tu przegląd kilku typów instytucji gospodarczych - banków, spółek, giełd, towarzystw ubepieczeniowych. W każdym przypadku znaleźliśmy wspólny wątek: na gruncie zasady oczekiwanego pożytku każda z tych instytucji zapewnia uczestnikom życia gospodarczego obustronne korzyści. Jest to fenomen dziejowy bez precedensu -- zapowiedź epoki, w której ludzkość wyleczy sie z odwiecznej skłonności do konflików i wojen, a przyswoi sobie sztukę współdziałania z powszechnym pożytkiem. Toteż nie ma przesady w porównaniu tego fenomenu kooperacji do dzieł geniuszu.

    Nie ma jednak takiego geniusza, czy to w nauce czy sztuce, w religii czy w polityce, który wyrastałby na pustyni, zaczynał od zera. Pojawia się on zawsze na jakimś dobrze już uprawionym gruncie. I tu trzeba powiedzieć z całą dobitnością, że grunt pod tak racjonalną gospodarkę, do jakiej zbliża się dziś Europa, uprawiały pieczołowicie i z zadziwiającymi wynikami rozliczne ludy, państwa i cywilizacje od najdawniejszych czasów. Nim więc w ostatecznym podsumowaniu spróbujemy uchwycić, na czym polega ten geniusz naszej cywilizacji, wpierw spójrzmy z lotu ptaka na źródła i strumyki, z których utworzyła się owa rzeka. Uformowana najpierw w Europie, potem w USA, a potem rozprzestrzeniająca się na resztę świata.

    Kilka danych o początkach bankowości podam za tekstem pt. "Bank Centralny" napisanym przez Jacka Kondrackiego, autora czterech obszernych i treściwych aneksów historycznych do obecnego eseju; jako ich autor Jacek Kondracki jest współautorem całości.

    Historia banków sięga odległej starożytności, a terytorialnie Babilonii, Chin, Grecji i Rzymu. Regres nastąpił w wyniku upadku Imperium Rzymskiego ok. 529 r. Odrodzenie bankowości dokonało się wraz ze wzrostem znaczenia i rozmachu dalekich wypraw handlowych oraz pojawienia się możliwości inwestowania, które wymagało wielkich nakładów finansowych. Powstały wówczas różne formy pożyczania na procent zwanego lichwą, zwalczanego ostro przez Kościół średniowieczny, a u progu nowożytności także przez reformatorów protestanckich. Taka była praktyka kościelna, ale późni scholastycy w swych dociekaniach teoretycznych poczęli wykazywać zrozumienie dla pobierania odsetek od kredytu. Do rozwoju bankowości przyczynili się też średniowieczni złotnicy, przechowując złoto i prowadząc wymianę walut. Sama nazwa "bank" pochodzi od włoskiego słowa "banca" określającego długi stół czy ławę do wymiany walut. Trzeba uznać, że Europejczycy byli w tym względzie uczniami Arabów, z którymi {mimo wojen i krucjat) utrzymywali przez całe średniowiecze bardzo żywe kontakty handlowe i naukowe. Najstarsze banki europejskie powstały w Genui (1586), Wenecji (1587), Mediolanie (1593) i prowadziły działalność kredytowo depozytową.

    Osobny i ważny dla dziejów gospodarki temat to instytucja banku centralnego. I ta ma antecedensy w pewnych instrumentach finansowych powstałych w krajach Bliskiego Wschodu, Afryki i Chin, ale w tym przypadku wkład autorski Europy jest wybitnie dominujący. Historię tę opowiada wspomniany tekst Jacka Kondrackiego.

    Co się tyczy spółek akcyjnych, trudno tu znaleźć precedensy w innych niż Europa miejscach i w epokach poprzedzających europejską nowożytność. Instytucja ta pojawiła się po raz pierwszy w 17 wieku. Wśrod jej pierwszych zwiastunów były Kompanie Wschodnioindyjskie założone przez Anglików i Holendrów. Wiek 17 był czasem dalekich wypraw morskich motywowanych ogromnym zyskiem, ale i zawierających wielkie ryzyko. Oprócz ryzyka związanego z dalekimi wyprawami, wielkim też utrudnieniem był brak pieniędzy na ich urzeczywistnianie. Pomysł rozwiązania polegał na tym, żeby rozłożyć koszty na wielu uczestników przedsięwzięcia: zmniejszało to zarazem wielkość ewentualnej straty. Uczestnicy przedsięwzięcia posiadający niewielki kapitał wpłacali pieniądze na wspólny fundusz, a wzamian otrzymywali akcje czyli świadectwa wniesienia majątku uprawniające do udziału w zyskach spółki. Warto zauważyć, że wartość akcji rosła za każdym razem gdy statek zawijał do portu, zaś malały gdy się opóźniał. Dobrze to ilustruje, jak funkcjonowało prawo oczekiwanego pożytku w procesie kształtowania się cen akcji. Zawinięcie do portu to istotne zmniejszenie tego składnika iloczynu (we wzorze na PO), którym jest wielkość ryzyka (tj. prawdopodobieństwo niepowodzenia).

    Spółki akcyjne upowszechniły się wraz z powstaniem giełdy w Amsterdamie w 17 wieku. Handel papierami wartościowymi został uregulowany w 1807 r. w kodeksie handlowym Napoleona. Kodeks ten został później przyjęty przez wiele krajów w tym Polskę. W Polsce prawo o spółkach regulował od 1934 r. Kodeks Handlowy, a obecnie ustawa z dnia 15 września 2000 r. dotycząca spółek handlowych. Powyższe dane zostały zaczerpnięte z aneksów Jacka Kondrackiego z których jeden dotyczy spółki akcyjnej, a drugi zagadnień giełdy.

    Inaczej niż spółki akcyjne i giełdy, ubezpieczenia mają niezwykle długą przeszłość siegającą czasów starożytnego Egiptu (aż po rok 2500 p.n.e.) i Babilonii czasów Hammurabiego (1792-1750 p.n.e.). Miały one postać umów zawieranych między osobami fizycznymi przede wszystkim tam, gdzie dochodziło do obrotu towarami i kruszcem, a zachodziło szczególnie duże ryzyko kradzieży lub uszczerbku na zdrowiu. Bogata i bujna jest historia ubezpieczeń w średniowiecznej Europie, a nowy rozmach następuje w czasach nowożytnych, do czego ważnym impulsem była potrzeba ubezpieczania statków i ładunków. W 17 wieku powstało w Londynie słynne towarzystwo ubezpieczeniowe LLoyda, tak nazwane od nazwiska właściciela kawiarni, który zapewniał swym gościom szczególnie przyjazną atmosferę do zawierania interesów. Temat ubezpieczeń rozwija szczegółowo i barwnie Jacek Kondracki w kolejnym aneksie.


    P o d s u m o w a n i e

    Geniusz Europy w trzech postaciach:
    Obliczalność, Wolność, Dialogowość

    Podsumujmy te trzy jakości ducha europejskiego jednym zdaniem -- z Edmunda Burke'a (1729 - 1797), brytyjskiego polityka i myśliciela politycznego ("Observations on a Late Publication on the Present State of the Nation", 1769).

    Zdanie to oddaje samą esencję myśli liberalnej i zarazem konserwatywnej. Mówi ono, że dobry porządek jest fundamentem wszystkich dobrych rzeczy.

    Na ten fundamentalny dobry porządek składa się racjonalność, której jądrem jest obliczalność, realizowana w Europie przez rozkwit matematyki, jak również przewidywalność społeczną ugruntowaną w mądrym prawie. Niech ją symbolizuje historyczny prototyp komputera (kalkulator Leibniza w 17 wieku).

    Składa się na ów porządek także wolność. Bez niej nie ma ani twórczości ani tego współdziałania twórczych umysłów, z którego powstaje cywilizacja.

    Składa się, wreszcie, sztuka dialogu symbolizowana plastycznie płótnem Rafaela: dyskusja w Szkole Ateńskiej. Ta sztuka dialogu rozwija się w negocjacjach przedsiębiorców, jak i w praktykowaniu demokracji przez polityków i ogół obywateli.

    Na tym fundamencie dobrego porządku wspierają się wszystkie inne rzeczy dobre będące przedmiotem naszych pragnień: praworządność, sprawiedliwość, pokój, bezpieczeństwo, dobrobyt, rozwój nauki i techniki, bogactwo kultury.


    Good order is the foundation
    of all good things